Dziewczyny w Bieszczadach.

grupowotańczymy.gif

W październiku, ubiegłego roku, rzuciłyśmy wszystko i wyjechałyśmy w Bieszczady, wraz z czwórką fotografów - Zbyszkiem (Foggy Stories), Agą (Migawka), Asią (Szepty Asi) i Kamilem (Dziub3k). Z połową poznałyśmy się dopiero na miejscu, a dogadałyśmy jak z najlepszymi kumplami. Wciąż ciepło wspominamy ten wyjazd i skoro mamy już miejsce, gdzie możemy się tym podzielić - przywołujemy Biesy i Czady, odtwarzamy historie z pamięci, a z pamięci dysków wrzucamy obszerną fotorelację. Miłego czytania i oglądania!

Z perspektywy Saski:

Z perspektywy Saski:

Ponad dwa lata temu Bieszczady zobaczyłam latem dzięki Jagu i z nią u boku. Wtedy moja przyjaciółka Sara zapewniła mnie, że z każdej strony będą nas otaczały krajobrazy wyjęte prosto z magazynu National Geographic. I nie myliła się. Ale mogłam się zgodzić z jej myślą dopiero zeszłej jesieni.

Mieliśmy niesamowite szczęście, bo temperatura pozwalała na spacery w swetrach (niekiedy nawet w bluzkach z krótkim rękawem!), słońce ułatwiało wczesne pobudki, a karty w aparatach szybko zapełniały się zdjęciami górskich krajobrazów, zabytkowych budynków i wzajemnymi portretami. Wyjazd w grupie fotografów zainspirował nas obie, wzbogacił o nowe doświadczenia szczególnie na polu fotograficznym. Rozmowy, grzane wino, ogrom śmiechu, wzajemne przeglądanie zdjęć, wspólne kolacje - tak wyglądała większość wieczorów. Zapomniałam o codzienności w mieście, sprawach, które zwykle tkwią z tyłu głowy. Każdy z nas, z zupełnie innym charakterem i stylem fotografowania sprawił, że ten wyjazd był po prostu wyjątkowy!

Dni wydawały się przyjemnie długie, kawa smaczniejsza, wiatr nadzwyczaj ciepły, a serce dużo spokojniejsze. Dziś uśmiecham się na myśl o tamtych chwilach i z niecierpliwością czekam na kolejną okazję zobaczenia Bieszczad.

Bo Bieszczady to spokój.


Z perspektywy Jagu:

Z perspektywy Jagu:

Pierwszy raz usłyszałam o Bieszczadach w piosence “Bieszczadzkie Anioły”, którą mój tata zwykł grać na gitarze i śpiewałam tekst wraz z nim, choć nie wiedziałam jeszcze co to tak do końca znaczy. Czułam tylko, że to musi być magiczne miejsce. W opowieściach brzmiało jak bajkowa kraina, a skoro i anioły chadzają tam po dolinach, to czemu wciąż mnie tam nie było?

Nadszedł w końcu dzień, w którym rodzice wpakowali mnie i moje rodzeństwo do samochodu i powieźli 600 km do obiecanych, zielonych gór i spokoju. Mimo, że nie postrzegałam rzeczywistości na takim poziomie jak teraz, to został we mnie zaszczepiony bieszczadzki klimat i wiedziałam, że nie będę tam jeździć… będę tam WRACAĆ. I tak wracałam, za każdym razem z kimś innym, z innego powodu, raz autostopem, raz autem, raz busem, ale zawsze z tym samym spokojem w sercu i z kojącą myślą, że w końcu mnie te góry i anioły ukołyszą.

A te wspomniane anioły to żadna fikcja. Spotkałam wielu. A tego o skrzydłach największych poznałam przemieszczając się autostopem wraz z dopiero co poznanym podróżnikiem. Posiwiały Anioł zabrał nas z okolic Krosna i powiózł do serca Bieszczadów. Nie wiedziałam, gdzie to serce się znajduje, nie mieliśmy żadnego nawet celu - to on nas naprowadził. Pokazał wiele miejsc, opowiadając niesamowite historie i anegdotki. A gdy ogłosił, że nadciąga burza (mój największy strach), powiedział, że możemy schronić się u niego w domkach. I tak się stało. Na tego Anioła mówię dziś “Dziadek Włodek” i jest mi bliski już od 5 lat.

I to właśnie w jego drewnianej chatce mieszkaliśmy całą, fotograficzną drużyną. Już się ze mnie śmieje, że za każdym razem jak przyjeżdżam poznaje inne osoby, ale zawsze jest tak samo otwarty i gotów uchylić każdemu rąbka tajemnicy o tych górach, lasach i jeziorach.

Znacie to uczucie jak lecicie samolotem, jesteście ponad chmurami i nagle nic Was nie dotyczy? Wszystkie ziemskie sprawy wydają się nieważne, daleko stąd, nie są w stanie dotknąć Was w żaden sposób? Tak właśnie czuję się na lądzie, w Bieszczadach. Jakby już nic złego nie mogło się stać. Jakby nie było żadnego, innego świata, poza tym zielonym skrawkiem ziemi.

A gdy do tego wszystkiego doszli wartościowi ludzie z aparatem w dłoni to już nie mogłam życzyć sobie lepszego wyjazdu. Dziękuję.


koniec.